Archaniołowie, piekielne zastępy, wierzenia ludów syberyjskich czy skandynawskich i hinduskie bóstwa w jednej książce? Brzmi trochę jak historia stworzona przez jakiegoś religijnego pomyleńca. Mai Lidii Kossakowskiej daleko do takiej osoby, jej najnowsza powieść również daleko do rojeń szaleńca.

Pan odszedł ze swojego Królestwa przed wieloma laty, jego ukochana planeta została zniszczona, a zastępujący go aniołowie tylko pozornie wiedzą, co robić. Światełko nadziei daje podróżniczka Sereda, która twierdzi, że podczas jednej ze swoich dalekich wypraw odnalazła ślady świadczące o możliwym miejscu pobytu Stwórcy. Szokująca informacja sprawia, że wysłana zostaje ekipa poszukiwawcza, w skład której wchodzą najważniejsi i najdzielniejsi aniołowie. Do drużyny dołącza również sam Lucyfer, który opuszcza Piekło, by rozmówić się z Panem na temat przeszłości. Podróż przez odległe krainy najeżona jest niebezpieczeństwami i nie zawsze przychylnymi postaciami, a wrogowie czają się nawet w drużynie poszukiwaczy.

 

Pierwszy tom „Bram Światłości”, kolejnej części cyklu „Zastępy anielskie”, przepełniony jest wartką, nie zatrzymującą się nawet na moment akcją. Bohaterowie co rusz wpadają w tarapaty, z których nie zawsze udaje się wyjść suchą stopą. Im dłużej trwa podróż, tym przeciwności losu się piętrzą. Zespół trafia na coraz mniej znane terytoria, a spotykani po drodze władcy krain niekoniecznie chcą pomóc. Trudno też znaleźć postaci, z którymi chciałoby się utożsamiać. Każdy ma coś za uszami i doprawdy nikt nie jest jednoznacznie białym lub czarnym charakterem. Najbardziej ludzki wydaje się Lucyfer, targany żalem i poczuciem niesprawiedliwości i chcący odmienić swój los. Wysokie tempo książki może na dłuższą metę trochę męczyć, jednak za każdym razem udaje się je rozładować. Cała powieść kończy się zaś cliffhangerem (dosłownie) i zostawia czytelnika w momencie, który sprawia, że warto poczekać na kontynuację pierwszego tomu serii.

 

Obok treści ważną rolę w „Bramach Światłości” odgrywają ilustracje autorstwa Vladimira Nenowa. Czarno-białe prace obrazują zdarzenia toczące, podkreślają panujący w książce mrok i idealnie wpasowują się w klimat powieści. Na zakończeniu znajduje się natomiast krótka encyklopedia, w której znaleźć można najważniejsze terminy związane z miejscami i postaciami pojawiającymi się historii, dzięki czemu łatwiej połapać się w różnych smaczkach poukrywanych w fabule i lepiej ją zrozumieć.

 

„Bramy Światłości”, choć momentami nierówne, należy ocenić pozytywnie. Powieść na pewno spodoba się nie tylko najbardziej zagorzałym fanom Mai Lidii Kossakowskiej, ale także osobom, które do tej pory nie miały styczności z twórczością autorki. Nieco urażeni, nawet zniesmaczeni, mogą się natomiast poczuć wszelkiej maści wyznawcy religijni. Dla nich uczłowieczanie członków panteonu oraz mieszanie różnych wierzeń i religii może się to okazać niewybaczalnym grzechem. Ci, którzy sprawy religijne traktują z większym dystansem lub nawet nie dbają o nie, mogą cieszyć się całkiem sprawnie napisaną, wciągającą lekturą i wyłapywać poukrywane gdzieniegdzie teologiczne smaczki

 

Zdjęcie wpisu pochodzi z portalu Lepszy Poznań

Miłośnik starej trylogii SW i LOTR, który żałuje, że wciąż nikt nie nakręcił ekranizacji Hobbita. Jego ukochany film SF to Plan dziewięć z kosmosu. Motto życiowe: „jeszcze tylko jeden odcinek i biorę się za robotę”