druga eraNie ważne, ile science fiction już pochłonęliście w swoim życiu, i czy były to książki, filmy, czy gry. Ten gatunek zawsze obiecuje nowe, otwiera drzwi do czegoś, co mogło lub co może się kiedyś wydarzyć. Światy, w których kosmos jest już nie tyle ostateczną granicą, co dniem codziennym, drogą z domu do szkoły…

Space Opera po polsku?

Ale przestrzeń międzyplanetarna może być też granicą – państwowości chociażby. Właśnie tak, jak ma to miejsce w Kellerze. Od Rozproszenia, które nastąpiło kilkanaście wieków wcześniej, ludzkość rozpełzła się na różne planety całymi narodami. Statki niosły żądnych spokoju tudzież przygód kolonizatorów w coraz dalsze odmęty galaktyki. Okazało się, że ziemiopodobnych planet jest pod dostatkiem. Kiedy ludzie się rozpierzchli, podzielił się także i kościół. Spora część międzyplanetarnych parafii miała za daleko do Ziemi, więc zwróciły się one w stronę Nowego Papiestwa na planecie Pontifex. Koniec końców, by zachować przy sobie wiernych, dawna Stolica Apostolska przeniosła się z ziemskiego Rzymu do Nowego Watykanu w układzie Polonus.
Akcja nie zaczyna się jednak tak daleko od domu. Iana Kellera poznajemy, gdy stoi na Marsie. Jest naszym tradycyjnym bohaterem każdej prawie space opery – awanturnik i przemytnik, przewożący akurat ziemskie prostytutki poza układ. Aż chce się rzec: prawdziwy facet. Na statku towarzyszy mu kilkuosobowa załoga o zróżnicowanych charakterach, która aż pali się do wykonania niebezpiecznej misji za odpowiednią zapłatą. Otóż – na zlecenie Polonusa, mają wykraść pewną ważną relikwię z Pontifexa.
Oczywiście, w pakiecie dostajemy wszystko, czego możemy się spodziewać po takiej powieści. Jest nasz Dzielny Bohater, są strzelaniny i intrygi. Dużo intryg. Są też, obiecane przez blurb z okładki polskie nawiązania. Nie ograniczają się one tylko do tego, że Polonus jest, jak nazwa wskazuje, polską planetą. Mamy nazwiska i zwyczaje, stroje narodowe oraz całe mnóstwo wstawek historycznych sięgających polskiej szlachty, wszystko opakowane w zgrabne SF.

Z kim przemierzamy przestrzeń?

Szczerze mówiąc miałam z Kellerem niemały problem. O ile główny wątek był tym, co mnie fascynowało i trzymało w napięciu, tak cała reszta była najwyżej średnia.
Nasz główny bohater to typowa Mary Sue (postać naszpikowana zaletami i pozbawiona wad) w męskim wydaniu. Ian to przystojny i dość małomówny typ wilka morskiego, czy też raczej gwiezdnego. Jest inteligentny, obeznany ze światem i wspaniale walczy. Często zdarza mu się improwizować i czasem daje się ponieść emocjom w imię honoru, ale czy można to uznać za wady, gdy jego przeszłość skrywa mroczną tajemnicę? Nawet jego załoga nie wie wszystkiego.
Co do załogi, większość jest tak słabo opisana, że nie sposób się z nimi zżyć. Narracja jest prowadzona głównie przez Kellera, jego (równie tajemniczego) przyjaciela Craftsheeka, lub przez dołączającą do nich papieską obserwatorkę Val. Reszta wesołej ferajny nie schodzi na Pontifex i w zasadzie mogłaby być zastąpiona jedną osobą. Szkoda, bo bystra pani pilot zapowiadała się naprawdę świetnie. Na wyróżnienie zasługuje też medyk, Mykey. Jako chyba jedyna postać w całej historii opisany jako ciemnoskóry, jest erotomanem i chodzi cały czas czymś naćpany. Pomijając oczywisty rasizm i lenistwo autora, jest to po prostu niesmaczne. W dodatku żartów ze znajdowania kochanków czy kochanek schowanych na statku jest po prostu za dużo, a nic nie wnoszą one do fabuły – a szkoda.
O ile Craftsheek jest naprawdę dobrze złożoną postacią – na tyle interesującą, że nie chcę za wiele tu zdradzić – tak papieska obserwatorka Val pozostawia sporo do życzenia. Jest młoda, ładna i od dzieciństwa szkolona na agenta, co w zasadzie bardziej jej dodaje niż ujmuje. Ot, znajomy typ postaci w space operze. Jakimś cudem jednak, mimo lat szkoleń, Val ma najwyraźniej wybitnie ekspresywną mimikę, bo jej przyjaciele nigdy nie mają problemu z odczytywaniem jej uczuć. To, niestety, czyni całkiem niezłą bohaterkę zupełnie niewiarygodną.

Wojna polsko-ruska w kosmosie

Czytając Kellera odnosi się wrażenie, że wszechświat jest bardzo rozległy. Każdy ziemski kraj zajął przynajmniej jedną planetę, niektóre całe układy. I, chociaż jest kilka (wspaniałych!) ras Obcych, spora część fabuły sprowadza się do wyświechtanego my versus oni, czy Keller i reszta kontra poplecznicy Caratu. Nie trudno się domyślić, że można to sprowadzić do wojny polsko-ruskiej w kosmosie.
Sam motyw polskości jest mocno rozwinięty, co może przypaść do gustu. Jamiołkowski w interesujący sposób przypomina o narodowościowych wartościach i pociągu do wielkości z czasów szlacheckich, pojawia się nawet Husaria. Niestety, autor zamiast podawać te smaczne kąski czytelnikowi w pewnych odstępach, większość mieści się w monologu na 70 stron w samym środku książki, co może powodować przesyt. Szczęśliwie, jest to jedyna dłużyzna w książce, a reszta akcji jest faktycznie wartka i porywająca.

Im dalej w las, tym więcej drzew, a im dalej w Kellera, tym bardziej widać, że publikacja nie jest skalana ręką korektora. Poza znikającą miejscami interpunkcją czy nieodpowiednimi formami gramatycznymi, jest też wiele niespójności. Z jednej strony wspomniane Rozproszenie miało miejsce “kilka tysięcy lat temu”, w innym zaś fragmencie jest to półtora tysiąca lat. Jest tego więcej, ale najbardziej przeszkadzała mi uporczywa odmiana “Mykey’ego” zamiast “Mykeya” (jak Disneya). Każdy taki drobiazg rozprasza i odbiera sporo przyjemności z czytania.

Dla kogo Keller?

Ogólnie, Keller nie jest złą powieścią. Jest po prostu powieścią niespójną. Chociaż wiele aspektów kuleje, to akcja bardzo wciąga. Główny wątek wykradzenia relikwii jest poprowadzony fenomenalnie, a zakończenie naprawdę zaskakuje. Narracja prowadzona z punktu widzenia różnych postaci przypomina najlepsze cechy moich ulubionych powieści SF. Fizyka, jak i inne nauki są wprowadzone pobieżnie, ale przyjemnie i obrazowo. Mimo to, postaci w większości są zbyt szablonowe, jak na patetyczny wątek polski, który jest czytelnikowi serwowany. Przez górnolotną pseudohistoryczność trudno czerpać radość z całości.
Kellera mogę z czystym sumieniem polecić fanom science-fiction, którzy fascynowali się świetnością Rzeczypospolitej. Tym, którzy po prostu lubią space opery poleciłabym jednak coś innego. Widać, że autor próbował się porwać na coś więcej niż sztampowa powieść tego gatunku, ale zawisł w dziwnym niebycie pomiędzy przerysowaną, “mięsną” klasyką a ambitnym marzeniem o silnej Polsce dalekiej przyszłości. Jamiołkowski ma pióro lekkie i czasem potrafi się zagalopować. Wielka szkoda tylko, że nie było nikogo, kto by go czasem powstrzymał.

Autor: Aleksandra ‘Tygrys’ Stan

PS: Jeśli ktoś był zachęcony okładkową wzmianką o Gwiezdnych Wojnach… to bardzo mi przykro. Poza przestrzenią kosmiczną nie doszukałam się żadnych podobieństw.