Nie wiem jak wy, ale ja zawsze po tych 3 intensywnych dniach Pyrkonu, na myśl o tym, że trzeba czekać na niego kolejny rok, wpadam w depresję połączoną z delikatną delirką. Te dni tak szybko mijają, że człowiek nawet się nie obejrzy i już jest po, i trzeba wracać do domu. Pisząc dom, mam na myśli oddalony o 320 km Gdańsk, w którym nic się „fantastycznego” nie dzieje przez cały długi rok.

Dla mnie wizyta na Pyrkonie, poza „pracą” w Pyrsklepiku, to wyjątkowa sposobność, aby spotkać się z pisarzami i zdobyć ich autografy. Jestem zdiagnozowanym książkoholikiem, a kolekcjonowanie podpisów w książkach, stało się niejako moim drugim hobby. Od kilku lat przyjęłam strategię, że lepiej pojawić się kilka godzin przed wyznaczonym czasem, spokojnie postać lub poleżeć w tworzącej się powoli kolejce, niż potem w nerwach zastanawiać się, czy na koniec uda mi się dopchać do pisarza po autograf. A ile uroku ma w sobie takie koczowanie, kto nie spróbował, ten nie wie i jego strata 🙂 Kolejki mają swoje tajemne, czasem mocno tragikomiczne życie. It’s alive!! It’s alive!! A co się wyprawia w takich żywych wężach ludzkiej masy? Można na przykład poznać ludzi, znudzonych tak samo jak ja i niezwykle wesoło spędzić razem czas oczekiwania. Można się także aż tak zagadać, że nie zauważy się stojącego obok pisarza, ciekawie przysłuchującego się wartkiej wymianie zdań np. niepochlebnej opinii na temat jego ostatniej książki… 😀

Z kartonem po autograf

[Zdjęcie z portalu encyklopediafantastyki.pl]

W tym roku polowałam na autografy dwóch autorów – Dawida Webera oraz Miroslava Žambocha. Polskich autorów mam już, pisząc dwuznacznie, „zaliczonych”, także pozostaje mi, kontynuując w nomenklaturze erotycznej, pożądać teraz światowe gwiazdy. I tak stojąc sobie z Kolin w kolejce „na Webera” i gadając z ludźmi wokół, zastanawiałyśmy się, po co ktoś przynosi ze sobą 11 sztuk książek do podpisu. Ja rozumiem tak do 3 sztuk (czasami trudno się zdecydować, które dziecko kocha się najbardziej), ale 11? Inny powód, niż sprzedaż „za miliony” na Allegro, jakoś nie przychodził nam do głowy, chociaż pojawił się pomysł, że takie autografy w książkach mogą być swoistego rodzaju fetyszem – nie czytam książki, o ile nie jest podpisana. Wracając do kolejki, obok mnie jeden miał 9 książek, inny towarzysz w boju, 11… a ja grzecznie stałam z jedną sztuką, kiwając głową w zadumie i zadziwieniu. Bardzo szybko jednak 11 sztuk, stało się niczym, po prostu kropelką w oceanie tego, co nagle wyłoniło się na horyzoncie – stękając wniebogłosy wkroczył na salony… karton, a za nim rzężący delikwent. Na pytanie, czy to są książki do podpisu, beztrosko potwierdził, i nie omieszkał z dumą napomknąć, że jest ich 51 sztuk – prawie wszystko, co zostało Webera wydane w Polsce. Na nasze swoistego rodzaju oburzenie z nutką niedowierzania – jeśli dobrze pamiętam, było to coś w stylu – „chyba kpisz…” – odpowiedział bezczelnie i po prostu chamsko, że „skoro tyle napisał, to niech teraz siedzi i podpisuje”. Wszyscy „serdecznie” go powitaliśmy i zaprosiliśmy gromko na sam koniec kolejki, sugerując, że w dobrym tonie byłoby, aby przepuszczał tych, którzy przyniosą jedną książkę. Na powrót złej karmy nie trzeba było długo czekać, zaraz po pojawieniu się Webera, okazało się, że ze względu na problemy z nadgarstkiem autora, maksymalna ilość książek do podpisu wynosi 2-3 sztuk, ale może się skończyć również na 1. Mina „kartonowca” była absolutnie bezcenna. Kiedy dotarła do niego ta Hiobowa wiadomość z załączonym moim komentarzem, że przecież może dać do podpisania karton… jakoś nie wykazał się poczuciem humoru i chyba go to nie rozbawiło – w przeciwieństwie do całej reszty kolejki. I tak, kiedy ja odchodziłam już z upragnionym podpisem, i serią przytulaśnych fotek – biedak siedział, grzebał, i szukał tego szczęściarza i wybrańca, na którym spocznie ręka, a co za tym idzie i podpis mistrza. Niemniej „kartonowiec” przeszedł do panteonu urban legend Pyrkonu, czego dowodem jest fakt, że całą historię usłyszałam następnego dnia, z obcych ust, gdy stałam w kolejce po autograf Miroslava Žambocha.

Charyzma dźwignią handlu

pyrkon

[Miroslav Zamboch. Zdjęcie z portalu encyklopediafantastyki.pl]

Sam Weber okazał się przemiłym człowiekiem, chwalił okładki polskich wydań książek, i nawet pozwolił się przytulić do zdjęć, by pokazać naszą jakże szczerą komitywę. Co zawsze mnie oczarowuje w spotkaniach z zagranicznym autorami, to ich szczera radość na widok każdego kolejnego fana i prawdziwe zainteresowanie jego osobą. Człowiek zawsze czuje się rzeczywiście zauważony, a nie tylko smętnie otaksowany zmęczonym, cierpiętniczym wzrokiem, co niestety mają w zwyczaju niektórzy polscy pisarze. Do dzisiaj jeszcze zostaję pod urokiem zeszłorocznego gościa pyrkonowego Kevina Hearna, czy polconowego Abercrombiego, i choć pewnie tak naprawdę byłam dla nich tylko jedną twarzą z setek czy tysięcy, to jednak przez te 2-3 minuty naszego kontaktu człowiek potrafił uwierzyć, że jest także dla nich interesujący. I właśnie w taki sposób sprzedaje się książki w tysięcznych nakładach. Marketing na najwyższym poziomie.
Kolejka do Miroslava Žambocha była równie wesoła, co na Webera. Leżałam sobie na puszystym dywanie, prostując stare kości, a na widok mojego gżdaczowego identyfikatora i pozycji á la „zdechł pies”, proponowano mi „jedzenie, bo na pewno jestem głodna i tak słabo wyglądam”. Nie wróżyło to za dobrze moim przyszłym zdjęciom z Žambochem, choć bogowie mi świadkami, napaćkałam na twarz sporą ilość podkładu. W przypadku tego autora nasz kontakt ograniczył się tylko do: dla Pati i szybkiego „zdjęcia z misiem”.

Jeszcze więcej, jeszcze bardziej…w przyszłości na Pyrkonie

A teraz tak na chwilkę spoważnieję. Uczciwie powiem, że na tegorocznym Pyrkonie spodziewałam się „jeszcze więcej i jeszcze lepiej”, jeśli chodzi o zagraniczne nazwiska. To nie była pierwsza wizyta Webera i Žambocha w Polsce, więc brakowało mi chociaż jednego takiego wielkiego pisarza przez wielkie W i z nazwiskiem przez wielkie N, przez którego ugną się mi nogi w kolanach, a do oczu napłyną łzy wdzięczności dla organizatorów. Oczywiście nie umniejszam tutaj dorobku obydwu Panów, jestem jak najbardziej daleka od tego, ale jednak brakowało tego efektu „wow”.
Jestem natomiast gigantycznie rozczarowana jedną rzeczą. Na tegorocznym Pyrkonie pojawiła się Aleksandra Ruda, która należy do jednych z moich ulubionych pisarek, nie został niestety zorganizowany żaden dyżur autografowy ani z nią, ani z Olgą Gromyko, o której przyjeździe także dowiedziałam się przypadkowo, i w ostatnim momencie. Jak niemożność spotkania z Olgą Gromyko mogłam przeboleć, ponieważ udało mi się już wcześniej ją poznać, to z Aleksandrą Rudą już nie. Szkoda naprawdę, że nikt nie pomyślał, że Ruda ma naprawdę rzeszę fanów w Polsce (zwłaszcza wśród kobiet) i ta godzinka podpisywania autografów, naprawdę mogłaby uradować niejedną, a może i niejednego.

Było warto!

Nie przedłużając i nie zanudzając. Było super, jak co roku, i oczywiście warto było przyjechać, by przez te 3 dni odstresować się od codziennych trosk, i być otoczonym ludźmi, z którymi człowiek ma tyle wspólnego. Nigdzie indziej jak właśnie na konwencie człowiek nie zaczepia „obcych” i nie rozpoczyna z nimi rozmowy np. o magicznej maszynie wydające papier z cichym buczeniem, czy o najnowszej książce Raduchowskiej 🙂

Autor: Pati aka Joisss