Książki Stephena Kinga na ekranie to dość drażliwy temat. Naprawdę udanych ekranizacji prozy tego autora jest niewiele jak na jego potężny dorobek, o wiele łatwiej znaleźć pozycje, po których pozostaje rozczarowanie, a nawet niesmak. Mroczna Wieża należy niestety do tej drugiej grupy.

mroczna wieża stephen king roland Idris Elba Nikolaj Arcel

fot. materiały prasowe

Przeniesienie legendarnej serii do świata filmu było równie trudne, co jej stworzenie na papierze. King rozpoczął pisanie pierwszej części już w roku 1970, choć ukazała się ona dopiero w 1982 roku, ostatnia zaś wydana została w 2012 roku. Pierwsze informacje na temat adaptacji ukazały się natomiast w 2007 roku – od tego czasu wśród odpowiedzialnych za ekranizację wymieniano m.in. J. J. Abramsa czy Rona Howarda, a projekt raz miał być serią filmów, raz serialem, a czasem oboma jednocześnie. Na giełdzie pojawiały się różne nazwiska aktorów, którzy mieli wcielić się w główne role. Równo po dziesięciu latach od pierwszych zapowiedzi (i trzydziestu pięciu od ukazania się Rolanda) finalny efekt trafił do sal kinowych. Niestety nie spełnia on długoletnich oczekiwań fanów.

Kino Skandynawskie vs. Hollywood

Za próbę adaptacji odpowiada duński reżyser Nikolaj Arcel, który jest również jednym ze scenarzystów filmu. To jego debiut w dużych hollywoodzkich produkcjach – wcześniej tworzył głównie na rynku skandynawskim, reżyserując między innymi dobrze przyjętego przez krytyków i widzów Kochanka królowej, czy pisząc scenariusz do ekranizacji Millenium Stiega Larssona. Trudno jednak uznać, że dobrze sobie poradził z narzuconym zadaniem. Kilka tysięcy stron bogato opisujących stworzony świat i bohaterów przemienił w trwający zaledwie nieco ponad półtorej godziny film, który nie potrafi zainteresować widza. Wątki poupychane są między sobą i naprawdę trudno stwierdzić, który z nich jest tym głównym, zwłaszcza, że Mroczna Wieża jest w rzeczywistości kompilacją wielu wydarzeń z całego świata stworzonego przez Kinga. Dodatkowo naprawdę spora część fabuły powstała na potrzeby adaptacji. Cały obraz zaś staje się więc bardzo przewidywalny i już po kilku minutach seansu wiadomo, co wydarzy się dalej. Spora wina w tym leży również po stronie aktorów, którzy – choć w dużej części naprawdę się starali – nie mogli wykrzesać z siebie więcej ze względu na ograniczenia w scenariuszu.

Kontrowersje wokół Idrisa Elby

Ogłoszenie, że w rolę Rolanda wcieli się Idris Elba wzbudziło wiele komentarzy, często poniżej jakiegokolwiek poziomu. Trzeba jednak przyznać, że brytyjski aktor wypada w tym filmie całkiem przekonywająco – ma odpowiedni głos, sprawia wrażenie twardego gościa i momentami nawet przypomina oryginał ze Świata Pośredniego. Przez większość czasu musi jednak ustępować miejsca innym bohaterom i przez to staje się właściwie postacią drugoplanową. Bardzo po macoszemu potraktowano w filmie jego motywy zemsty na Walterze i trafienia do Mrocznej Wieży. W całej adaptacji to właśnie postać czarownika wypada najsłabiej. Nie jest to najlepsza rola w karierze Matthew McConaugheya – jego Walter/Randall Flagg przypomina bardziej Kilgrave’a z uniwersum Marvela niż książkowy pierwowzór. W filmie staję się on parapsychiczym hipnotyzerem, który trzyma w garści cały Świat Pośredni, w tym przejścia do Świata Kluczowego. Także sposób gry McConaugheya zupełnie nie pasuje do jego roli i nie można się oprzeć wrażeniu, że Człowiek w Czerni wypowie zaraz słynne „alright, alright, alright”. Jednak to wszystko jest niczym przy wątku Jake’a Chambersa, zdecydowanie najsłabszym elemencie w scenariuszu Arcela. Choć sam Tom Taylor jako tet Rolanda nie wypada najgorzej (zwłaszcza, że jest to debiut tego aktora na dużym ekranie), to historia jego bohatera najlepiej ukazuje wszystkie słabości tego filmu. Melodramatyczna historia rodziny (diametralnie różna od oryginału na tyle, że w adaptacji Jake kocha swojego ojca najbardziej na świecie), próba uczynienia z jego postaci kolejnego wcielenia Danny’ego z Lśnienia i jego pojawienie się w Świecie Pośrednim są najsłabszymi punktami całej historii i zdecydowanie nie przypadną do gustu fanom serii.

Forma ponad treścią

Szczerze mówiąc, mało co spodoba się tutaj miłośnikom Kinga. Wątki są zupełnie wymieszane – pojawiają się Taheeni i Dixie Pig, Richard Sayre, Łamacze, czyli elementy z końcowych części sagi, są pokazane już na samym początku. Brakuje natomiast choćby wzmianki o wcześniejszych losach Rolanda (prócz jednej, naprawdę krótkiej, sceny), o tak kluczowych postaciach, jakimi są Eddie, Suzannah i Ej, nie wspominając. Klimat oryginału udało się utrzymać jedynie w przypadku szoku kulturowego, jaki Roland przeżywa w Nowym Jorku. Choć twórcy czasami próbują w tych momentach być zbyt komiczni, to tylko one jako tako ratują ten film. Za duży nacisk położono jednak na efekty specjalne i nie można pozbyć się wrażenia, że niektóre sceny powstały po to, by pochwalić się zatrudnionymi specjalistami w tej materii. Muzyka Toma Holkenborga (Junkie XL) natomiast brzmi niemal do złudzenia jak odrzucone pomysły do ostatniego Mad Maxa, gdzie również był on kompozytorem.

Stephen King trafi do serialu?

Producenci zapowiadają, że w przyszłości ma także powstać serial telewizyjny na podstawie serii Kinga. Trudno jednak domyślić się, co miałoby się w nim znaleźć. Niektóre ważne wątki z książek zostały zakończone już w filmie, a niektóre kompletnie wymieszano w wyniku czego dalsza ekranizacja coraz bardziej będzie się odklejać od oryginału. Chyba naprawdę lepiej to sobie darować i zakończyć ten projekt już teraz lub rozpocząć wszystko raz jeszcze. Mroczna Wieża nie jest może najgorszą ekranizacją prozy Stephena Kinga, ale zdecydowanie najbardziej wyczekiwaną. Oczekiwaniom nie udało się jednak zupełnie sprostać i dlatego trzeba obniżyć jej ocenę. Fani sagi wyjdą z sali z poczuciem zawodu i zmarnowanego czasu, a i osoby, które nie sięgnęły po nią wcześniej, raczej nie zostaną zachęcone do zapoznania się z książkową historią Rewolwerowca i jego ka-tet. Pozbawiony kontekstu, film mimo wszystko pozostaje w dolnej strefie stanów średnich kinematografii fantasy.

Na koniec prztyczek dla samego Kinga, który bardzo zachwalał adaptację dzieła swojego życia. Drogi Stephenie, zapomniałeś oblicza swojego ojca.

Miłośnik starej trylogii SW i LOTR, który żałuje, że wciąż nikt nie nakręcił ekranizacji Hobbita. Jego ukochany film SF to Plan dziewięć z kosmosu. Motto życiowe: „jeszcze tylko jeden odcinek i biorę się za robotę”