“Gwiezdne wojny 3,5?” Wyciąganie pieniędzy z sentymentalnych fanów? Łotr 1 – co to w ogóle za nazwa? Różne były głosy przed premierą Rogue One. Gwiezdne wojny -historie. Nie tylko pretensje pod względem pierwotnej polskiej nazwy filmu. Spin-offy filmów czy seriali bardzo często mają problem z utrzymaniem poziomu głównych historii. Częściej zaś są wabikiem dla najwierniejszych miłośników, którzy kupią wszystko, co choć trochę wiąże się z ich ulubioną serią. Wiadomo, twórcy Łotra1 nie robią tego charytatywnie, całe uniwersum Star Warsów to maszynka do zarabiania pieniędzy (które trzeba zgarnąć, skoro Disney wykupił prawa od George’a Lucasa za 4 miliardy dolarów), ale można z całą mocą stwierdzić, że przy okazji udało się stworzyć naprawdę dobry film. Choć trochę nierówny.

Rouge One Star Wars

Dwie nierówne połowy

Na dobrą sprawę można przyjść do kina w połowie projekcji. Przez pierwszą część trwania obrazu mamy do czynienia z dość powolnym budowaniem wątków. Spotykamy jednego z konstruktorów pracujących dla Imperium, Galena Erso i jego rodzinę. By za dużo nie zdradzać – po latach córka Erso i główna bohaterka filmu, Jyn, szuka zemsty za to co spotkało jej rodziców. Pomaga jej Saw Gerrera, weteran bezkompromisowej walki partyzanckiej, którego obawiają się nawet rebelianci. W pierwszej połowie filmu poznajemy również jej nowych towarzyszy – pilota Cassiana Andora i jego partnera, przeprogramowanego robota Imperium K-2SO. Do grona bojowników dołącza także były pilot ich przeciwników Bodhi Rook oraz mnich Chrrut Imwe (jedyny w towarzystwie wierzący w Moc) i jego towarzysz Baze Malbus. Tyle można napisać o pierwszej połowie filmu – cała akcja poprowadzono w ten sposób, aby bohaterowie w końcu się spotkali. Główną osią Łotra1 jest zdobycie planów Gwiazdy Śmierci, którą zbudował Galen Erso. I już druga część filmu dotyczy tylko tego. W Łotrze mamy do czynienia z jedną z najbardziej widowiskowych bitew w całym filmowym uniwersum. Akcja toczy się w bardzo szybkim tempie, nie ma jednak żadnych problemów w nadążeniu za nią. Samo zakończenie, które zna każdy, kto choć raz oglądał starą trylogię, wyszło bardzo dobrze. Połączenie fabuły z Łotra1 i Nowej Nadziei jest tak płynne, że można by od razu puścić czwartą część Gwiezdnych wojen.

Najlepsze Star Warsy od czasu Imperium kontratakuje

Właśnie nierówność jest największym minusem tego filmu. Pierwsza połowa jest momentami nudnawa i proces formowania się składu bohaterów bez przeszkód mógłby być krótszy. Jednak już część właściwa filmu, wielka bitwa na planecie Scarif, to najlepsze Star Warsy od czasu Imperium kontratakuje. Z nową trylogią (choć już powinna być nazywana środkową) nawet nie ma co porównywać. Można już natomiast z Przebudzeniem Mocy, pierwszymi disneyowskimi SW. Choć Przebudzenie Mocy nie ma aż tak efektownych scen, jest bardziej równe. Jako całokształt oceniam je na podobnym poziomie. Wśród negatywnych aspektów wyróżniłbym także rozczarowujące wykorzystanie najbardziej znanych aktorów w obsadzie – Madsa Mikkelsena (Galen Erso) i Forresta Whitakera (Saw Gerrera). Ich postacie są dość tekturowe i nawet największe starania tych dwóch gwiazdorów nie są w stanie sprawić, że widz bardziej przejmuje się ich losami.

Łotr 1 efektami stoi

Co jest najlepsze w Łotrze 1? Widowiskowość i efekty specjalne. Świetnie pokazano planety, które diametralnie się od siebie różnią i nie ma problemu z połapaniem się, gdzie akurat toczy się akcja. Wspaniale nakręcono też bitwę na Scarif – kamera żywo podąża za bohaterami, dzięki czemu czujemy się bardziej jakbyśmy oglądali klasyczny film wojenny. Sceny na plaży natomiast mogą przywodzić na myśl choćby Szeregowca Ryana. Prawdziwy popis dali także specjaliści od efektów specjalnych, którym udało się przywrócić do życia grającego gubernatora Tarkina Petera Cushinga. Wygenerowana komputerowo postać mogła czasem razić swoją kreskówkowością, jednak mimo to wyglądała naprawdę realistycznie. Prawdziwy majstersztyk to księżniczka Leia, która wygląda jak żywcem wyciągnięta z 1977 roku. Trudno uwierzyć, że grafika potrafi aż tak wiernie oddać młodą Carrie Fisher, ale to prawda. Bo twórcy raczej nie posiadają wehikułu czasu, a i znalezienie aktorki aż tak podobnej do Fisher wydaje się praktycznie niemożliwe. Obok Anthony’ego Hopkinsa w Westworld to najlepsze odmłodzenie za pomocą komputera, jakie widziałem. Dodatkowo, scenarzyści bez sentymentu obeszli się z głównymi bohaterami – zginęli wszyscy. Można to było łatwo przewidzieć, skoro żaden z nich nie pojawił się w Nowej Nadziei. Trzeba przyznać, że sceny śmierci niemal pozbawione były zbędnego, hollywodzkiego patosu. Niemal, bo w scenie z Jyn i Cassiana jednak trochę z nim przeszarżowano.

Disney nie zawiódł

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie to film zdecydowanie godny polecenia. Disney póki co wykonuje kawał porządnej roboty i pozwala, choćby w małym stopniu, zapomnieć o częściach I-III. Po Przebudzeniu Mocy oraz pierwszym (z trzech planowanych) spin-offie wytwórnia stawia sobie coraz wyżej poprzeczkę. Miejmy nadzieję, że Moc będzie obecna także w następnych częściach sagi – po tak udanych dziełach oczekiwania fanów będą coraz bardziej rozbudzone.